Dzisiaj trochę inaczej, bo chcę Wam opowiedzieć, jak ważne jest dobrze napisane CV i jak mądrze jest skorzystać z pomocy osoby doświadczonej w tym temacie. Na See Bloggers miałam okazję poznać Kamilę z bloga Trening Kariery i od razu wiedziałam, że to przeznaczenie :).  Na konferencji mieliśmy się poznać z nowymi osobami, trafiłyśmy na siebie i Kamila pyta mnie „Cześć, czym się zajmujesz na co dzień”, a ja odpowiadam „Piszę bloga i szukam pracy”, a Ona odpowiada „A ja jestem doradcą kariery” i dalej wyglądało to tak, że Kamila postanowiła pomóc mi w odpicowaniu mojego CV.

U góry – tak było, na dole – tak jest, dzięki Kamili :). Robi wrażenie, prawda?
W moim CV brakowało jakiegoś sensownego ładu i składu, wypunktowaniu ważnych informacji i podkreśleniu tego, co potrafię najlepiej. Ten zielony pasek miał symbolizować moją duszę biologa, ale nie szukałam pracy, jako biolog tylko pracy biurowej. Ze współpracy z Kamilą powstało coś rewelacyjnego! Kiedy otworzyłam plik to pomyślałam „wow, wreszcie jest profesjonalnie”, są moje kolory, a to co najważniejsze przykuwa uwagę i moja praca blogowa została podkreślona, a ja nie potrafiłam tego podkreślić. Okazuje się, że nawet odwrócenie zdjęcia zmienia wszystko. Mając profesjonalne CV nie wahałam się wysyłania go na jeszcze więcej ogłoszeń, pewniej szłam na rozmowę kwalifikacyjną, a osoba rekrutująca zadawała sensowne pytania o moje doświadczenie, bo miała wszystko na tacy, nie musiała się doczytywać tego, co wcześniej miałam wypisane po przecinku i zadawać pytań zupełnie z głowy, pytała o rozwinięcie tego, co miałam w CV.
Podsumowując – MAM PRACĘ! I to taką, którą chciałam – jestem ogromnie wdzięczna Kamili za pomoc i oczywiście obiecuję Jej coś słodkiego, a dla Was mam słodką promocję i rabat na odpicowanie własnego CV. Zdecydowanie polecam ze skorzystania z takiej pomocy, bo dobre, ale też ładne CV przykuwa uwagę pracodawcy, a Ty czujesz się pewniej i profesjonalnie. 
Wiele cennych porad znajdziecie też na blogu Trening Kariery.
Dzisiaj w cyklu „Pożeraczka książek” prezentuję książkę, która jest dla mnie szczególna ważna, ponieważ łączy moją pasję kulinarną z wykształceniem biologicznym.
Dzika kuchnia
Łukasz Łuczaj
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
stron: 320

„Dzika kuchnia” to połączenie w sobie zielnika z książką kucharską i fotograficznym albumem. Autor książki to Łukasz Łuczaj, który podobnie jak ja ukończył studia o kierunku Biologia ze specjalizacją środowiską. Jego pasją jest ekologią roślin i etnobotanika (nauka bada związek między roślinami i kulturą społeczeństw), a ja swój tytuł uzyskałam właśnie z ekologii roślin, a zgłębiałam dziedzinę jaką jest archeobotanika (nauka o związku między roślinami, a człowiekiem w przeszłości). Jest to, więc dla mnie fascynująca lektura.
W książce poznajemy szczegółowo powszechnie występujące w Polsce rośliny jadalne (przy czym autor w „Ostrzeżeniu” wyjaśnia, że część z tych roślin można znaleźć w innych atlasach, jako trujące, ale ważne jest by wiedzieć, jak je przygotować, by takie nie były). Na początku książki znajdziemy spis treści z wyszczególnieniem na spis roślin i spis felietonów, a już pierwszy z felietonów znajdziemy tuż obok spisu.  
Następne strony to wspomniane „Ostrzeżenie”, w którym jest również mowa o tym, by rośliny spożywać z rozsądkiem i rozpoczynać od małej ich dawki, a także „Wstęp”. W tym rozdziale dowiadujemy się, że książka jest kontynuacją wcześniej wydanego poradnika i zawiera najpospolitsze oraz najbardziej wartościowe dziko rosnące rośliny jadalne. Jest też nawiązanie do historii, kiedy to „las był wielkim supermarketem” dla człowieka. 
 Dalej jest dział „Skład roślin” typowo biologiczny o wartościach odżywczych, składzie chemicznym roślin, o nasionach, owocach, częściach podziemnych, liściach i łodygach.  Dalej mamy biologiczny kalendarz z wyraźnym podziałem na pory roku i sezonowość wraz z wymienieniem gatunków występujących w danym okresie, jest to bardzo przydatny kalendarz, dzięki któremu nie przegapimy żadnego gatunku gotowego do spożycia.
Bardzo spodobała mi się strona z „8 przykazaniami zbieracza”, w których zawarte są podstawowe porady jak zbierać i przygotowywać jedzenie, a dalej wyjaśnienie terminów takich jak: blanszowanie, suszenie, dół ziemny czy ługowanie.
I po tym szerokim, ale potrzebnym wstępie rozpoczyna się główna cześć książki, czyli spis roślin z przepisami. Ważne jest to, że każdy gatunek został przedstawiony na zdjęciu, pojawia się opis roślin w raz z łacińskimi i polskimi nazwami, okres zbioru, substancje czynne i właściwości farmakologiczne, tradycyjne użytkowanie oraz pomysły na inne użytkowanie. Jeśli daną roślinę można pomylić z inną to dowiemy się tego z ramki „Uwaga! Nie pomyl z…„. 
 Po części zielnikowej zawsze następuje kulinarna z podaniem minimalnie dwóch przepisów na wykorzystanie danej rośliny. Przepisy są napisane zrozumiałym językiem, niektóre są prostsze, a inne wymagające czasu czy większych umiejętności, jednak każdy znajdzie coś dla siebie. Ja pod koniec września wybrałam się na zbiory i przetestowałam dla Was 2 przepisy: wątróbkę z jarzębiną i miód z rokitnikiem. Nie są mi też obce przepisy z wykorzystaniem dzikiej róży, które pokazywałam Wam w zeszłym sezonie np. konfitura z płatków róży. Przepisy z użyciem kwiatów i dzikich roślin znajdziecie u mnie na blogu w dziale „Biolog w kuchni”.
 Chciałabym zaznaczyć, że w tej książce ogromną rolę pełnią zdjęcia, która są przepiękne. Kiedy otrzymałam książkę, dzięki uprzejmości Księgarni Internetowej Gandalf, to pierwsze, co zrobiłam to właśnie przeglądanie zdjęć. Lubię, gdy jest ich dużo w zielnikach, tutaj też sprawdzają się doskonale. Co prawda, nie ma zdjęć do każdego przepisu, ale to pozwala nam ruszyć wyobraźnią skoro mamy fotografie danego gatunku. Fotografie przepisów wykonała Klaudyna Hebda prowadząca bloga Ziołowy Zakątek i składam uszanowanie za wykonanie świetnej roboty. 
  Tak jak napisałam na początku recenzji, książkę uzupełniają ciekawe felietony, wybrane z poprzedniej książki  autora -„W dziką stronę”. Nie będę Wam ich zdradzać, musicie zajrzeć do nich sami. 
Na końcu książki znajduje się alfabetyczny indeks oraz kalendarz zbioru dzikich i zdziczałych roślin jadalnych w formie tabelki. „Dzika kuchnia” wydana jest bardzo ładnie, w twardej okładce, pasuje mi też układ graficzny. 
Na końcu książki znajdują się dwa cytaty odnośnie tej książki, spodobał mi się cytat Wojciecha Modesta Amaro: „Ta książka, jak i cała praca Łukasza, jest niesamowita inspiracją do tworzenia współczesnej kuchni. Warto poznać tajniki natury i tkwiący w niej potencjał…„. 
„Dzika kuchnia” to pozycja dla ludzi, którzy chcą być odkrywcami i poszukiwaczami natury. Dla tych związanych z kulinariami by mogli poszerzyć horyzonty, jak nasi przodkowie oraz dla biologów, którzy chcą zaszaleć w kuchni. Jest też dla każdego, kto chce nauczyć się rozpoznawać rośliny na spacerze i potem popróbować je w kuchni. To książka do rozpoczęcia przygody ze zbieractwem i roślinami, która otwiera nam oczy na przyrodę. Polecam z całego serca, a kupić ją możecie tutaj w cenie 59,57zł- klik.
Składam podziękowania dla Księgarni Internetowej Gandalf za przekazanie mi tak świetnej książki do recenzji. 
Na zaproszenie warszawskiego studia kulinarnego CookUp miałam zaszczyt uczestniczyć w warsztatach pod hasłem „Kulinarna awangarda: kuchnia molekularna”. Pewnie część z Was jeszcze nie wie, ale z wykształcenia jestem magistrem biologii, dlatego z molekularnymi hasłami miałam do czynienia również w praktyce, ale w kuchni to jeszcze nie. Warsztaty prowadzone były pod okiem Łukasza Konika, szefa kuchni hotelu Brant. W przyjemnej atmosferze oswajaliśmy ciekły azot, smażenie w wodzie, żelifikację, emulsyfikację, wędzenie i pakowanie próżniowe.

Kuchnia molekularna to taka trochę magiczna kuchnia wykorzystująca wiedzę naukową do przygotowywania potraw. Celem tej kuchni jest otrzymanie czystych smaków w nietypowy sposób, często w zaskakujących połączeniach. Sam termin „kuchni molekularnej” powstał dzięki pewnemu węgierskiemu fizykowi i francuskiemu chemikowi w 1988 roku. Moim zdaniem kuchnia molekularna to różne, niesamowicie ciekawe procesy wydobywające smaki, a przy tym zaskakujące wyglądem. 
 Pierwszym zadaniem było przygotowanie kawioru z blue curacao. Przy odpowiednim połączeniu alkoholu z wodą wapienną i agarem można uzyskać cudowne, niebieskie kuleczki, które są żelkowatej konsystencji by przy przegryzieniu uwolnić likier 🙂

 
 Po procentach przyszła pora na wędzenie łososia, bardzo efektowne – szybki sposób na zrobienie z surowego łososia wędzonego.
 W między czasie pierś z kaczki razem z przyprawami zamknęliśmy próżniowo i gotowaliśmy w wodzie przy użyciu techniki sous vide.  Technika sous-vide polega na długim gotowaniu w workach próżniowych, kaczka nastawiona była na temp.około 70 st.C. Pierś z kurczaka nastawaliśmy bez żadnych przypraw – po wyjęciu była niezwykle soczysta i delikatna, z kolei jak za kaczką nie przepadam to również mi smakowała. Ugotowane mięso podsmażaliśmy na patelni. Nie obyłoby się bez dodatków słodkich, zatem tej metodzie musiała ulec gruszka z wanilią lub cynamonem. 

 Na zdjęciu poniżej : na tyłach pierś z kurczaka bezpośrednio po gotowaniu, na środku kaczka po przysmażeniu i na dole kurczak po smażeniu.
To na co najbardziej czekałam to oczywiście ciekły azot, który w takim stanie ma temp. – 195,8 st.C. Mroziliśmy miętę, bazylię, kremówkę i kilka innych smakołyków – delikatne szczypanie na podniebieniu, charakterystyczne chrząknięcie po przegryzieniu listków, dopiero wtedy ujawnia się smak, dzięki olejkom eterycznym i buchnięciem dymkiem – niesamowite! 🙂
Ciepłe substancje zanurzone w ciekłym azocie pokrywają się warstwą lodu, na zewnątrz mają temp. około – 80st.C a w środku są jeszcze ciepłe ok. 20st.C.

Wyfiletowana pomarańcza wrzucona do ciekłego azotu i wyjęta wygląda tak, uwierzycie? I dalej jest pełna soku i smakuje jak pomarańcza 🙂
 W niskich temperaturach żywność miękka i plastyczna staje twarda i krucha, tak też stało się z oliwą – na zdjęciu poniżej.
 Lody kokosowe z ciekłego azotu – niebo w gębie. Przygotowanie tradycyjnych lodów zajmuje często godzinę lub dwie, a dzięki ciekłemu azotowi mamy je dosłownie w kilka chwil. Cudowna w smaku była też bita śmietana, która prosto z nabitego syfonu wlatywała do ciekłego azotu, a potem do naszych ust – tak mi smakowała, że zdjęcia nie mam (a i fotograf chyba nawet nie zdążył zrobić). 🙂
Pomarańczowy sok dopełniony ciekłym azotem z wyglądu przypomina parujące piwo, po przełknięciu również buchamy parą 🙂
Z całego serca dziękuję załodze Cook Up za możliwość uczestniczenia w najbardziej ekscytujących warsztatach kulinarnych, pełnych magii, ciekawych smaków i buchającej pary z ust 🙂 I za drożdżówkę na powrotną drogę 😉
Dziękuję Szefowi Kuchni za podzielenie się recepturami i stworzenie bardzo wesołej i przyjemnej atmosfery 🙂 Dziękuję za nauczenie nas kulinarnej magii 🙂
Dziękuję mojej przyjaciółce Ewelinie za towarzystwo i zrobienie części zdjęć 🙂
Z warsztatów musiałam uciekać po 22 godzinie, a trwały jeszcze dobrą godzinę, ale u mnie atrakcji nie było końca, w szczególności kiedy pod tramwaj prawie wpadła pijana dziewczyna i staliśmy dobre 15 minut, a ja nie wiedząc, jak i czym dojechać dalej na Młociny denerwowałam się, że nie zdążę na powrotny autobus do Gdańska, ale jakoś dojechałam na szczęście :)))
Zdjęcia bez podpisów są autorstwa fot.  Roberta Magdziak

Witam wszystkich ,
Blogowanie wciągnęło mnie do tego stopnia, że postanowiłam udokumentować swoją drogę do bycia dobrą żoną-kucharką :). Długa droga jeszcze mnie czeka, ale liczą się ambicje, prawda?
Czym się zajmuję? Studiuję biologię, kocham fotografię i uwielbiam tworzyć własnoręczne prace – zapraszam na moje pozostałe blogi.
Moje kucharzenie to początki, proste i łatwe przepisy, im szybsze tym lepsze 🙂
Z pozdrowieniami dla P., dla którego to zaczęłam cokolwiek piec ;*.

Superfood z ogrodów, łąk i lasów
Karin Greiner
Wydawnictwo Muza

24 maja ukazała się nowa publikacja Wydawnictwa Muza, która bardzo przypadła mi do gustu. „Superfood z ogrodów, łąk i lasów” to książka biolożki, która przekonuje, że superżywność można znaleźć w łatwy sposób wokół nas i nie trzeba wydawać na nią wielkich pieniędzy. To idea, którą promuję w moim dziale „biolog w kuchni„, bo z wykształcenia jestem właśnie biologiem. 

Koniczyna łąkowa, mniszek lekarski, podagrycznik, dzika róża to bogactwo mikroelementów i witamin, a co można z nich przygotować znajdziecie właśnie w tej książce. Dowiecie się też co to za gatunek, jak wygląda, jakie ma właściwości zdrowotne, jak mądrze zbierać i mądrze jeść. 

Świetna książka dla osób, które kochają naturę, zdrowie i są otwarci na jedzenie zielska :). Można znaleźć w fajne przepisy, które zachęcą dzieci do spaceru po lesie i potem wspólne jedzenie jadalnych kwiatków i innych roślinek. 

I wreszcie zrobiło się wiosennie, krzewy i drzewa zaczęły się zielenić, a forsycja kusi swoimi słonecznymi kwiatkami. Razem z wiosną zacznę dodawać przepisy z cyklu „biolog w kuchni”. Tosia z bloga Burczy mi w brzuchu zainspirowała mnie do przygotowania naparu z forsycji. Forsycja należy do krzewów z rodziny oliwkowatych. Kwiaty forsycji są raczej neutralne w smaku, za to zawierają rutynę, czyli taką naturalną witaminę C. Rutyna zapobiega przeziębieniom i uszczelnia naczynia krwionośne. Pijmy napar z forsycji na zdrowie.
Napar z kwiatów forsycji
inspiracja

2 garście kwiatów forsycji
około 500 ml wody
4 plasterki imbiru
2 łyżki mrożonych owoców leśnych
2 łyżki syropu z kwiatów czarnego bzu
Na jedną szklankę używamy garść kwiatów forsycji, 2 plasterki imbiru, łyżkę owoców i łyżkę syropu.
Całość zalewamy gorącą wodą, zaparzamy przez kilka minut i gotowe.

W tym roku wreszcie udało mi się znaleźć kwiaty czarnego bzu z dala od miejskich zanieczyszczeń i przygotowałam dosyć modne w tym sezonie kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym. Kwiaty są niezwykle słodkie i bardzo aromatyczne. 
Więcej przepisów z użyciem jadalnych kwiatów tutaj – cykl biolog w kuchni.
Kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym

kilka gałązek z kwiatami czarnego bzu
jajko
pół szklanki mąki
1/4 szklanki mleka 
1/4 szklanki wody
łyżeczka cukru
olej do smażenia
cukier puder do posypania
Do miski wlać mleko, wodę i wbić jajko – wymieszać trzepaczką.
Dodać mąkę i cukier  – połączyć aby powstało gładkie ciasto.
Odstaw ciasto na 15 minut.
Na patelni rozgrzać olej,  umyte i osuszone kwiaty zanurzać w cieście i kłaść na patelnię.
Smażyć na złoto z dwóch stron.
Przed podaniem posypać cukrem pudrem (łodyżki najlepiej obciąć, bo są gorzkawe).

Stali czytelnicy wiedzą, że prowadzę na łamach mojego bloga cykl „Biolog w kuchni„, w którym prezentuję przepisy biologiczne (jak na biologa przystało) – głównie z jadalnymi kwiatami. Ten cykl na pewno wzbogaca się, dzięki temu blogowi klik i nieocenionej pomocy jego autorki. Dzisiaj mam przyjemność zaprezentować Wam książkę wydaną przez Gosię, autorkę kwiatowego bloga. Wielkie było moje szczęście, kiedy dostałam książkę od księgarni internetowej Gandlaf
„Kwiatowa uczta. Jadalne kwiaty w 100 przepisach”
Małgorzata Kalemba-Drożdż
Wydawnictwo: Egros
Stron: 244

Kwiatowa uczta to przepiękna literatura kulinarna dla osób, które chcą przeżyć niesamowite wrażenia wzrokowe i smakowe oraz są otwarci na podjadanie kwiatków. I nie będzie tutaj tylko o lawendzie czy róży, propozycji jest naprawdę wiele.

Autorka książki jest blogerką kulinarną prowadzącą bloga „Trochę inna cukiernia„, a zawodowo doktorem biochemii wykładającym biochemię, ale także dietetykę – na blogu znajdziecie mnóstwo przepisów dla alergów np. bezmlecznych.
Książka rozpoczyna się przedmową, w której autorka zaprasza nas do przeżycia kwiatowej uczty i uświadamia, że ta książka to nie tylko przepisy kulinarne, ale także przewodnik po ponad 70 jadalnych kwiatach w Polsce.

Po przedmowie pojawia się rozdział „Kwiaty w kuchni”, w którym mamy historyczne nawiązania do jedzenia kwiatów i przypomnienie, że popularny kalafior i brokuł to też kwiaty! Bardzo przydatny okazuje się rozdział „Rozpoznawanie jadalnych kwiatów” , w którym podano listę kwiatów, których nie wolno spożywać. O zbiorze jadalnych kwiatów i przechowywaniu i przygotowywaniu kwiatów do jedzenia dowiemy się na kolejnych stronach. Są też informacje o wartości odżywczej kwiatów, bezpieczeństwie ich jedzenia i zastosowania jadalnych kwiatów. Dalej pojawia się kilka propozycji przepisów, a już potem alfabetyczny spis jadalnych kwiatów z przepisami.

W książce znajdziecie przepisy na przekąski, sałatki, dania mięsne i wegetariańskie, desery, ciasta i napoje – naprawdę wybór jest ogromny. Często do jednej rośliny podano kilka przepisów. Tak wiele gatunków zaskoczyło mnie swoją „jadalnością” – wiedzieliście, że można jeść pelargonie, lilie, fuksje? 🙂

Każdy jadalny gatunek jest dokładnie przedstawiony razem ze swoimi właściwościami, a obok są przepisy.

Dużą stroną tej książki jest piękne wydanie – twarda oprawa, dobry kredowy papier oraz przepiękne fotografie autorstwa Gosi, autorki książki – bardzo cenię książki, w których fotografie są autorów książek. Gosia spisała się świetnie, jest kolorowo, zachwycająco i książkę chce się przeglądać i przeglądać i wszystko zjeść :).

Z książki obowiązkowo musiałam przetestować przepisy – skusiłam się na krystalizowane kwiaty (fiołki), cukier fiołkowy (wcześniej robiłam lawendowy, różany), zrobiłam też sałatkę z mniszkiem.

Na końcu książki zamieszczono tabele kwitnienia z podziałem na kolory kwiatów – świetna sprawa! W maju/ czerwcu warto zbierać np. dzikie róże, piwonie, stokrotki i przetacznik. Jest też spis treści rozdziałów – brakuje mi spisu alfabetycznego potraw/ przepisów (już bez podziału na gatunki kwiatów).

Książka romantyczna dla chcących emocji w kuchni i na talerzu, kochających nowe wrażenia smakowe i kolory. Jako biolog jestem zachwycona i już nie mogę doczekać się kolejnej publikacji autorki, która już niedługo, a będzie dotyczyć jadalnych chwastów! 🙂
„Kwiatową ucztę” kupicie tutaj – klik.

Ogłaszam, że dzisiejszy post ma numer 1000 i jest to moje małe święto, więc zapraszam na ciasto, tym bardziej, że jest siódmy dzień miesiąca – czyli takie nasze małe święto z Pawłem :).
Ciasta z warzywami zawsze mnie pozytywnie zaskakują. Przepis na ciasto ze szpinakiem już jakiś czas miałam zapisane w notesiku, ale bałam się go zrobić. Nie wierzyłam, że bez dodatku barwnika wyjdzie zielone, a jednak się udało i jest to przepyszne ciasto! Niezwykle wilgotne, a dzięki kremu z mascarpone po prostu rozpływa się w ustach. Wygląda niczym leśny mech – a więc idealnie wpasowuje się w mój cykl „biolog w kuchni„. Inne ciasta z warzywami:
Ciasto ze szpinakiem – Leśny Mech
ciasto szpinakowe, przepis na ciasto ze szpinakiem, przepis na ciasto szpinak, ciasto szpinak, ciasto leśny mech

450 g mrożonego szpinaku
3 jajka
1 i 1/3 szklanki cukru
1 i 1/3 szklanki oleju
2 szklanki mąki
3 łyżeczki proszku do pieczenia
250 g mascarpone
granat
Rozmrozić szpinak i odsączyć z wody.
Zmiksować jajka z cukrem, a następnie ciągle miksując strużką wlewać olej.
Wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i zmiksować.
Dodać odsączony szpinak i całość wymieszać łyżką.
Piec w okrągłej formie o średnicy 22 cm. przez godzinę w temp. 180 st.C. do tzw. suchego patyczka.
Z wystudzonego ciasta odciąć wierzch – tą wypukłą część, wyrównać. 
Odciętą część ciasta drobno pokruszyć.
Mascarpone bardzo delikatnie zmiksować z cukrem waniliowym.
Masę wyłożyć na wierzch ciasta, a następnie posypać okruszkami ciasta, które zostały odcięte.
Granata przeciąć na pół i wydrążyć nasionka.
Nasionkami granatu posypać ciasto.

Print Friendly and PDF

ciasto szpinakowe, przepis na ciasto ze szpinakiem, przepis na ciasto szpinak, ciasto szpinak, ciasto leśny mech
ciasto szpinakowe, przepis na ciasto ze szpinakiem, przepis na ciasto szpinak, ciasto szpinak, ciasto leśny mech

ciasto szpinakowe, przepis na ciasto ze szpinakiem, przepis na ciasto szpinak, ciasto szpinak, ciasto leśny mech
1 2 3 5